|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Samsara. Na drogach, których nie maPo blisko pięciu latach pisania zjadamy, muszę się Wam do czegoś przyznać. Wielu z Was, drodzy Czytelnicy, uważa zapewne, że moją największą miłością są reklamy. Przyznaję, jest to nieprzemijająca fascynacja i duża część mojego, zarówno prywatnego jak i zawodowego, życia. Reklamy są moim kochankiem - pociągają mnie, nie mogę się powstrzymać przed kolejnym spotkaniem, a każda randka powoduje lekkie drżenie serca. Wiele z tych spotkań kończy się orgazmem, choć są też takie, które są rozczarowaniem i refleksją, czy nadal to ciągnąć. Ale to od tego kochanka wracam do domu, do miłości swojego życia. Miłości, której różne oblicza poznaję nieustannie, której zapach powoduje, że miękną mi kolana, bez której nie wyobrażam sobie dnia. Miłości, przez którą - jak twierdzi moja mama - kiedyś zbankrutuję. Ale czego się nie robi dla miłości (to właśnie przez nią wyłączyli mi ostatnio prąd - rachunek okazał się mniej ważny). Co inteligentniejsi, i zorientowani w nowościach rynkowych, domyślili się już pewnie (głównie po tytule wpisu), że mówię o książkach. A ponieważ o tej miłości, graniczącej z fobią, mogłabym pewnie - wzorem Fadiman - zapisać wiele stron, przejdę do rzeczy. No może nie całkiem do rzeczy. Dzisiaj reklamuje się wszystko. Nawet bezpłatną przeglądarkę. Naomi Klein w "No logo" cytuje esej "How to brand sand", w którym pracownicy agencji reklamowej: Sam I. Hill, Jack McGrath i Sandeep Dayal informują korporacje, że wystarczy właściwy plan marketingowy, by wypromować piasek, pszenicę czy inne towary, tradycyjnie uważane za nie poddające się procesowi kreowania marki. A reklam książek mamy jak na lekarstwo. Mówię o dobrych reklamach. Reklamach, które są, choć odrobinę, korpo-like (chociaż "Pod kopułą" Stephena Kinga miało bardzo fajne "standy" w księgarniach, ale powiedzmy sobie - to jest jednak inna liga, hamerykańska). Nie chcę przesadnie analizować tej sytuacji - rynek wydawniczy nie jest mi aż tak dobrze znany, chociaż mogę sobie domniemywać - budżety i "tradycyjność reklamowa" wydawnictw, budżety autorów (gdyby oni sami mieli zająć się tą działką), może (przez duże M bo to już chyba zwykłe bajanie) obawa autorów, że wypasiona reklama zmieni nastawienie do ich twórczości (tzw. obawa przed skurwieniem). Jako miłośniczka i osoba znająca siłę reklamy, nieprzytomnie zakochana w literaturze (i uważająca, że bohaterowie książek żyją własnym życiem, kiedy odkładamy na chwilę lekturę - taki Raskolnikow np. pije sobie spokojnie tę herbatę z malinami i tylko nasza chęć czytania sprawia, że musi znów przechodzić przez katorgę), pragnę, żeby dobrych reklam książek było więcej. Żeby Ci, do których przemawiają tylko kolorowe obrazki i którzy bez telewizora zmieniają się w kobietę z potrójnym PMS-em, przeczytali coś więcej niż ulotkę z Tesco. I żeby, może, też zakochali się w książkach (byle nie w Coehlo, proszę). Dlatego mail od Tomasza Michniewicza tak mnie ucieszył. Sami zobaczcie dlaczego:
Ucieszył mnie nie tylko dlatego, że lubię jak ktoś do mnie pisze. Ucieszył dlatego, że to jest naprawdę dobra reklama. Mamy atrakcyjny przekaz, testimoniale znanych i cenionych, formę, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni i wypowiedź autora, który również niereprezentacyjny nie jest. Zaryzykuję nawet, że część społeczeństwa obdarzona podwójnym chromosomem X może się skusić na przeczytanie (cel uświęca środki!) dzięki zobaczeniu autora. Książka ma premierę w moje imieniny, co jest olbrzymim plusem, bo jak wszyscy wiemy, nawet Meksykanie hucznie obchodzą imieniny me. Termin więc jest idealny. Dla złaknionych szczegółów dotyczących samej książki, z jednego z moich ulubionych miejsc przepuszczania pieniędzy (czyli z Merlina): "Drogi, których nie ma, prowadzą do miejsc, o jakich nie śniłeś. (Właśnie zauważyłam, że nie mam nawet kategorii "Książki". Wszystko jasne.) sobota, 01 maja 2010, eirena
TrackBack
Komentarze
Gość: , 83.2.197.21*
2010/05/01 22:28:04
Za promocje tej książki wzięto się już dawno choćby przez profil autora na nk (swoją drogą ciekawe jak on pisał swoje wpisy, skoro w trasie chyba niełatwo o Internet;) ). Reklama fajna choć trochę przydługawa. Miejmy nadzieję, że inni pójdą w ślady tego wydawcy i również zaczną intensywniej reklamować książki.
2010/05/02 11:28:08
@wildfemale: Obsesja była pomyślana od samego początku. W pierwszej chwili nawet nie wiedziałam skąd wzięłaś tę fobię :)
2010/05/02 11:49:40
Z tego, co mi wiadomo, to wpisy na nk.pl Tomek Michniewicz pisał jak już odbył podróż. Udawał, że pisze je podczas podróży. Wtedy był już w Warszawie, pisał książkę i jednocześnie już ją promował np. na nk.
2010/05/02 11:56:01
@Koncowka_swiatla i anonimowy komentator
O ile nie było konfabulacji co do tego, co się działo w trakcie podróży, to nie widzę w tym nic złego. Domyślam się, że w trakcie wyprawy było trochę trudno o taki kontakt :) Chociaż można było pewnie zaznaczyć, że to zapiski z podróży, byłoby zupełnie czysto. 2010/05/02 13:27:54
Mnie też się tak wydaje, że Tomek Michniewicz powinien to zaznaczyć. Ale czy wtedy wpisy na śledziku miałyby ten swoisty dreszczyk emocji towarzyszącym relacjom na żywo z podróży? Opowiadanie tego, co zdarzyło się kilka tygodni wcześniej poprzez wpisy na śledziku, wyglądałoby dziwnie. W formie książki to co innego. Każdy wie, że przenosi się w czasie i przestrzeni, czytając ją.
Gość: Tomek Michniewicz, ip-94-42-7-65.multimo.pl
2010/05/03 15:19:10
Najmocniej przepraszam - relacjonowałem na NK podróż w trakcie jej trwania, zarówno z ogólnodostępnych kafejek internetowych, jak i z telefonu satelitarnego podpiętego do laptopa. Tak więc nie za bardzo mam się z czego tłumaczyć, bo i niczego nie "udawałem". Tomek Michniewicz
2010/05/04 12:35:26
Jeśli chodzi o reklamę literatury, to polecam to:
www.youtube.com/watch?v=q9l4E74MJY4
Gość: gruszka, ip-62.89.101.156.static.crowley.pl
2010/07/22 16:15:58
Jestem właśnie w trakcie czytania książki, Naprawdę świetna! Cierpię teraz katusze, bo siedzę w biurze, książka z torebki do mnie macha, a ja muszę udawać, że pracuję. Więc robię stu stuk w klawiaturę. Proza życia...
Gość: cyupakabra, 212.244.255.21*
2011/03/27 00:51:12
ogólnie - bardzo kiepsko
Do przeczytania Samsary zmuszałem się 4 razy. Za każdym razem robiła się tak nudna, że z trudem mogłem przeboleć kolejnych kilkadziesiąt stron. Do tego, proszę wybaczyć, opisywane są w niej okropne bzdury, a przecietny, niczego nie spodziewający się czytelnik jest zmuszony do uwierzenia. Do tego nasz "Autor" pisze w taki manierystyczny sposób, że ma się ochotę zacisnąć pętlę na własnej szyi. Nie oznacza to oczywiście że książka nie jest warta przeczytania. Jest. Jednak, jest to książka dla osób, którym łatwo można mydlić oczy, którzy boją się wyruszyć do Azji i zobaczyć jak to wszystko wygląda w rzeczywistości, a przede wszystkim ludzi, którzy lubią czytać bajki i są podatni na słowo pisane. Niestety nasz kraj słynie z braku samodzielnego myślenia i bezkrytycznego podejścia do papieru i słowa. Nie jest to książka podróżnicza, autor nie zrobił niczego co mogłoby choć zasługiwać na miano podróży podczas wszystkich swoich "przygód". To były po prostu przejazdy, z typu tych - "zróbmy coś, ale dokładnie nie wiem co - jesteśmy już w Indochinach - może wystarczy?". Żadnych miejsc poza tymi opisywanymi we wszystkich przewodnikach, żadnych gór, niebezpiecznych włóczęg i sytuacji - te które mogłyby się takowymi wydawać - są jedynie zgrabnie ubarwione już po powrocie do kraju. Jeśli miałbym gdzieś zaszeregować ową książke (dumnie nazywaną - podróżniczą) umieściłbym ją pomiędzy książkami Kingi Choszcz a książkami Wojtka Cejrowskiego. Tak - nawet niebywale ograniczony i prymitywny Wojtek Cejrowski potrafi pisać ciekawiej i z większym polotem niż autor "Samsary". Postaram się wytknąć kilka błędów i największych przewinień pana Michniewicza dumnie nazywającego się "dziennikarzem". Otóż bycie "dziennikarzem" w dzisiejszych czasach to jedynie pejoratywny wydźwięk dawnego dziennikarstwa. Dziennikarze są jedynie dziennikarzami z nazwy. Na papierze. Bycie dziennikarzem oznacza orientowanie się w każdej dziedzinie - oczytanie, wiedzę. Tutaj pan Michniewicz znów udowadnia, że idealnie wpisuje się w definicję dzisiejszego dziennikarstwa. Stosowanie "anglicyzmów" lub "germanizmów" nie dość że brzmi żenująco (szwarccharakter) to udowadnia nam że wiedza językowa współczesnych piszących jest na zatrważająco niskim poziomie. W wielu miejscach w książce widać, że brakowało słownictwa - zatem pan "autor dziennikarz" sięgał z pewnością po słownik wyrazów obcych i starał się uzupełnić braki slowami, których znaczenia do dziś pewnie nie zna. Kolejną sprawą jest pisanie dialogów pod publikę. Każdy kto choć raz był w Azji wie, że takie "wysublimowane" dialogi zdarzają się niezwykle rzadko - a już szczególnie w przypadku mnichów, którzy nawet uczęszczając do publicznych szkół bardzo marnie mówią obcymi językami. Świątynia tygrysów, hodowcy skorpionów, festiwal na Phuket, tropienie łowców dzieł sztuki. Szczerze mówiąc - bardzo zawiodłem się opisem. Wiadomo, że to miały być słowa klucze przyciągające do książki (o czym mówi również tylna okładka), ale nie dość, że dosyć kiepsko opisane, to jeszcze niedokończone. Zresztą tak na marginesie powiem, że owi łowcy sztuki to byli jedynie drobne miejscowe złodziejaszki, a festiwal Phuket - najbardziej komercyjną imprezą tamtych okolic. Gdyby autor potrafił czytać - z pewnością udałby się gdzie indziej podziwiać to zjawisko - w innych z setek małych miejscowościach zatoki Phang Nga - a nie Phuket, będących jedynie tanią rozrywką. Rozśmieszyło mnie też opisywanie Khao San jako miejsca gdzie spotkać można ludzi z których każdy ma setkę historii do opowiedzenia, takich samych "podróżników" jak autor. Otóż Khao San to najbardziej turystyczna ulica Bangkoku - miejsce, gdzie europejczyk może poczuć się jak w domu i które po prostu BOI się opuszczać, bo kilka przecznic dalej może być już za "orientalnie". 95% ludzi na Khao San takich właśnie jest a przyjechali tutaj jedynie po to by sączyć piwo, zjeść hamburgera, chodzić na dyskoteki i zabawiać się z młodymi "masażystkami". b |
Miłość i fobia to dwa przeciwne krańce.