Najlepsze i najgorsze reklamy z Polski i świata. Analizy, media, formy - czasem śmiesznie, czasem strasznie, czasem sentymentalnie.
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      










Google

Zjadamy Reklamy on Facebook




Wpisy z tagiem: książki

sobota, 01 maja 2010

Po blisko pięciu latach pisania zjadamy, muszę się Wam do czegoś przyznać. Wielu z Was, drodzy Czytelnicy, uważa zapewne, że moją największą miłością są reklamy. Przyznaję, jest to nieprzemijająca fascynacja i duża część mojego, zarówno prywatnego jak i zawodowego, życia. Reklamy są moim kochankiem - pociągają mnie, nie mogę się powstrzymać przed kolejnym spotkaniem, a każda randka powoduje lekkie drżenie serca. Wiele z tych spotkań kończy się orgazmem, choć są też takie, które są rozczarowaniem i refleksją, czy nadal to ciągnąć. Ale to od tego kochanka wracam do domu, do miłości swojego życia. Miłości, której różne oblicza poznaję nieustannie, której zapach powoduje, że miękną mi kolana, bez której nie wyobrażam sobie dnia. Miłości, przez którą - jak twierdzi moja mama - kiedyś zbankrutuję. Ale czego się nie robi dla miłości (to właśnie przez nią wyłączyli mi ostatnio prąd - rachunek okazał się mniej ważny). Co inteligentniejsi, i zorientowani w nowościach rynkowych, domyślili się już pewnie (głównie po tytule wpisu), że mówię o książkach. A ponieważ o tej miłości, graniczącej z fobią, mogłabym pewnie - wzorem Fadiman - zapisać wiele stron, przejdę do rzeczy.

No może nie całkiem do rzeczy.

Dzisiaj reklamuje się wszystko. Nawet bezpłatną przeglądarkę. Naomi Klein w "No logo" cytuje esej "How to brand sand", w którym pracownicy agencji reklamowej: Sam I. Hill, Jack McGrath i Sandeep Dayal informują korporacje, że wystarczy właściwy plan marketingowy, by wypromować piasek, pszenicę czy inne towary, tradycyjnie uważane za nie poddające się procesowi kreowania marki. A reklam książek mamy jak na lekarstwo. Mówię o dobrych reklamach. Reklamach, które są, choć odrobinę, korpo-like (chociaż "Pod kopułą" Stephena Kinga miało bardzo fajne "standy" w księgarniach, ale powiedzmy sobie - to jest jednak inna liga, hamerykańska). Nie chcę przesadnie analizować tej sytuacji - rynek wydawniczy nie jest mi aż tak dobrze znany, chociaż mogę sobie domniemywać - budżety i "tradycyjność reklamowa" wydawnictw, budżety autorów (gdyby oni sami mieli zająć się tą działką), może (przez duże M bo to już chyba zwykłe bajanie) obawa autorów, że wypasiona reklama zmieni nastawienie do ich twórczości (tzw. obawa przed skurwieniem).

Jako miłośniczka i osoba znająca siłę reklamy, nieprzytomnie zakochana w literaturze (i uważająca, że bohaterowie książek żyją własnym życiem, kiedy odkładamy na chwilę lekturę - taki Raskolnikow np. pije sobie spokojnie tę herbatę z malinami i tylko nasza chęć czytania sprawia, że musi znów przechodzić przez katorgę), pragnę, żeby dobrych reklam książek było więcej. Żeby Ci, do których przemawiają tylko kolorowe obrazki i którzy bez telewizora zmieniają się w kobietę z potrójnym PMS-em, przeczytali coś więcej niż ulotkę z Tesco. I żeby, może, też zakochali się w książkach (byle nie w Coehlo, proszę). Dlatego mail od Tomasza Michniewicza tak mnie ucieszył. Sami zobaczcie dlaczego:

Ucieszył mnie nie tylko dlatego, że lubię jak ktoś do mnie pisze. Ucieszył dlatego, że to jest naprawdę dobra reklama. Mamy atrakcyjny przekaz, testimoniale znanych i cenionych, formę, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni i wypowiedź autora, który również niereprezentacyjny nie jest. Zaryzykuję nawet, że część społeczeństwa obdarzona podwójnym chromosomem X może się skusić na przeczytanie (cel uświęca środki!) dzięki zobaczeniu autora. Książka ma premierę w moje imieniny, co jest olbrzymim plusem, bo jak wszyscy wiemy, nawet Meksykanie hucznie obchodzą imieniny me. Termin więc jest idealny.

Dla złaknionych szczegółów dotyczących samej książki, z jednego z moich ulubionych miejsc przepuszczania pieniędzy (czyli z Merlina):

"Drogi, których nie ma, prowadzą do miejsc, o jakich nie śniłeś.

Świat można oglądać przez przyciemnione szyby limuzyny albo z dachu rozklekotanego autobusu. Tomek Michniewicz woli to drugie - pakuje plecak, kupuje bilet i rusza w nieznane, by przeżyć niesamowitą przygodę! Samsara. Na drogach, których nie ma to fascynująca opowieść Tomka o jego podróży po Azji - pełnej niebezpieczeństw, zaskakujących zdarzeń i ciekawych ludzi. Opowieść napisana ze swadą, rozbrajającym humorem, ale i dystansem do siebie. A także poradnik, jak w taką wyprawę wyruszyć samemu."

(Właśnie zauważyłam, że nie mam nawet kategorii "Książki". Wszystko jasne.)